Gazeta Wyborcza Gazeta Wyborcza
 
Kto jest kim w Voo Voo
Twórczość VOO VOO i jego członków
To i owo na inne tematy

Muzyka na wolności
recenzja płyty Oov Oov
Gazeta Wyborcza
12 października 1998

   Pierwszy od trzech lat album zespołu nie będzie bestsellerem, ale jest na pewno jednym z najważniejszych wydarzeń artystycznych roku.
 

   Po albumie "Rapatapa-to-ja" z 1995 roku ukazały się co prawda i "Flota zjednoczonych sił - najlepsi śpiewają Voo Voo", i "Muzyka od środka", ale pierwszy był składanką starych piosenek nagranych na nowo przez innych wokalistów, a drugi zawierał muzykę do filmu "Kroniki domowe" Leszka Wosiewicza. Tym razem to jednak naprawdę "najlepsi śpiewają Voo Voo" - po prostu "Waglewski śpiewa Voo Voo".

   Nowy album został wydany w nowej sytuacji. Zespół przeszedł z koncernu Warner Music Pl do małej, niezależnej wytwórni Music Corner, która wydała jedne z najważniejszych artystycznie płyt ostatnich lat, m.in.: Świetliki, Maleńczuka i Homo Twist, Variete i De Press.

   Nie wiem, czy przejście do niezależnej wytwórni jest przyczyną czy skutkiem tego, że na "Oov Oov" znalazła się zupełnie inna, niekomercyjna i "niezależna" muzyka. O ile na dwóch poprzednich albumach mieliśmy mniej lub bardziej skomplikowane piosenki, to tutaj mamy do czynienia z innymi formami muzycznymi. Na ponad pięćdziesięciominutowej płycie jest tylko siedem tytułów. Niektóre mają po 11, 9 czy 8 minut. Nie są utworami typu "zwrotka-refren-zwrotka-refren", ale rozwijającymi się opowieściami, w których nic się nie powtarza i wszystko podąża w nieprzewidywalnym kierunku. Pełno tu zmian klimatu, długich, szalonych solówek na gitarę, saksofon czy trąbkę (gościnnie Ziut Gralak), transowych, joungle'owych bębnów i hiphopowych skreczy. Są tylko dwa "tradycyjne" utwory, które mogą się stać radiowymi przebojami: cudowne "Cudownie" - coś jakby pastisz Piotra Szczepanika - i śpiewane "po waglewsku" przez Kasię Nosowską "Wzgórze". Nie odcinają się one jednak od charakteru całej płyty, która sprawia wrażenie jednego, szalonego utworu, w którym jest raczej dużo grania i mało śpiewania. To znakomity album, który się zapewne wielu osobom nie spodoba, ale nie trzeba iść do wróżki, żeby przewidzieć, że tak niekomercyjna muzyka nie pobije rekordów nakładu.

   Voo Voo przy wszystkich zachwytach krytyków i nagrodach, jakie zdobył, nakłady płyt ma raczej niskie - ok. 15-20 tysięcy. Ma jednak stałą i zdeklarowaną grupę fanów, którzy przychodzą na koncerty. Zespół Waglewskiego zdecydował chyba, że nie ma co walczyć o szerszą publiczność i "komercjalizować" muzyki. W ten sposób Voo Voo nie trafi na szczyty list bestsellerów, ale stać go na ogromny luksus - granie muzyki, jaka podoba się zespołowi i jego fanom, wolnej od rynkowych spekulacji typu "sprzeda się - nie sprzeda". Nie wątpię, że tylko w takich okolicznościach powstaje wielka muzyka.

   To, co robiło Voo Voo, jest wręcz podręcznikową definicją muzycznej niezależności. Cztery lata po powstaniu profesjonalnego rynku - koncerny masowo wywalają wykonawców rockowych i nikomercyjnych, urządzając jednocześnie łapanki na artystów grających "wszystko dla wszystkich", czyli "nic dla nikogo". Wydawnictwa niezależne natomiast publikują artystyczną alternatywę. Oczywiście nigdy nie jest tak, że jedni są ci dobrzy, a drudzy źli. Ale jak na razie wszystkie interesujące artystycznie albumy: Kaliber 44, Kury, Wzgórze Ya-Pa 3, Jesus Chrysler Suicide czy 100% Bawełny wyszły w wytwórniach niezależnych.

   Przy obecnej dekoniunkturze na rynku, kiedy drogie albumy największych gwiazd mają kilkusetprocentowe spadki nakładów, albumy zespołów niezależnych mają stałe nakłady, bo przeznaczone są dla ściśle określonej publiczności. Jestem więc spokojny o rozwój niezależnego w Polsce. A najlepszym tego dowodem jest właśnie fakt, że po raz pierwszy do małej wytwórni przyszedł zespół z takim dorobkiem i klasą jak Voo Voo.
 

Robert Leszczyński



(c) 1998 Gazeta Wyborcza