Magazyn Muzyczny Magazyn Muzyczny
 
Kto jest kim w Voo Voo
Twórczość VOO VOO i jego członków
To i owo na inne tematy

Voo Voo - konkretne zamówienie
Z Wojciechem Waglewskim rozmawia Wiesław Królikowski
Magazyn Muzyczny

   - Czy nie za dużo tych sukcesów? Z Voo Voo zbierasz tylko nagrody i pochlebne recenzje, wygrywasz plebiscyty i stajesz się coraz popularniejszy...

Wojciech Waglewski i Jan Pospieszalski na scenie   - Powiem o dwóch sprawach. Pierwsza - pochlebne recenzje. Wśród ludzi piszących o rocku jest sporo prawdziwych pasjonatów, którzy być może popełniają wiele błędów merytorycznych, ale przynajmniej żyją tą muzyką i na swój sposób bardzo emocjonalnie ją odbierają. I to waż. Jednak chciałbym kiedyś doczekać się takiej prawdziwie muzycznej recenzji, analizującej np. harmonię moich utworów, bo jest - jak myślę - niebanalna. ..., Niemniej te recenzje, które się ukazywały, bardzo mnie podtrzymywały na duchu w momentach niemocy, spowodowanej tzw. obiektywnymi czynnikami...
   Druga sprawa: popularność. Od pewnego czasu występujemy w halach i coś tam czasem umyka, coś psuje się w kontakcie z ludźmi. Jest to więc moment niebezpieczny... Niewykluczone, że na trochę zniknę, aby pojawić się z zupełnie innej strony. Chciałbym, aby po wszystkim, co robię, pozostawał pewien niedosyt.

   - Czy nie obawiasz się, że popularność waszej płyty z muzyką dla dzieci, Małe Wu Wu, może zaszkodzić karierze "dużego Voo Voo"? Stajecie się muzycznym omnibusem.

   - Robiąc te nagrania nie poszliśmy na łatwiznę. Nie była to jakaś artystyczna zdrada. Poza tym mam dwóch synów, ośmio- i jedenastoletniego, więc chyba mogłem coś dla nich skomponować? Pewnie jeszcze pokażemy się w dziecięcych programach telewizyjnych, bo robią je osoby, z którymi wspaniale się pracuje. Jednakże odmówiłem udziału w koncertach dla dzieci, mimo wielkich nalegań z różnych stron. Nie wpuścimy się w ten kanał... "Małe Wu Wu" było dla nas ważnym doświadczeniem. Okazało się, że moi koledzy z zespołu doskonale radzą sobie z komponowaniem piosenek.

   - Czego mogą spodziewać się w najbliższym czasie trochę dojrzalsi wielbiciele Voo Voo.

   - Nagrywamy teraz płytę zatytułowaną "Z środy na czwartek". Dalej będziemy grali muzykę coraz bardziej ostrą i wręcz taneczną. Zapowiada to już nasz czwarty longplay, "Zespół gitar elektrycznych", który wkrótce powinien ukazać się nakładem Klubu Płytowego "Razem".

   - Zapowiadał to też repertuar, jaki wykonałeś ostatnio na "Letniej zadymie w środku zimy" - You Really Got Me The Kinks, Wild Thing The Troggs...

   - To są wspaniałe numery. U nas panował wtedy wesołkowaty big-beat, a w Anglii mieli już coś takiego. Weźmy "Wild Thing", wspaniale motoryczne, że śmiałym erotycznie tekstem...

 
ROCK PO RAZ PIERWSZY
 

   - W 1969 r., jako 16-letni gitarzysta-samouk, pojawiłeś się wśród muzyków, którzy tworzyli w warszawskich klubach studenckich swego rodzaju "podziemie rockowe". Jak dziś wspominasz tamte czasy i tamte zespoły?

   - Teraz nie można o tym mówić poważnie. To było naiwne. Te grupy - może z wyjątkiem Klanu - nie zaproponowały nic naprawdę swojego. Ale poziom warsztatowy był całkiem wysoki. Podchodziliśmy do zagranicznych utworów od razu jak do standardów, panowała moda na improwizacje... Muzycy z "Medyka" - był wśród nich Zbyszek Hołdys - chodzili po mniejszych klubach. wyławiali młode talenty. Mnie wyciągnęli z "Alfy", gdzie grałem z kolegami w trio, na zasadzie dużo, szybko. I tak trafiłem w 1969 r. do Fatum, na miejsce zwolnione przez Darka Kozakiewicza, który nie tylko dla mnie był wtedy gwiazdą, "polskim Hendrixem"... Ja także grałem z tą grupą hendrixowskie kompozycje, lecz mniej agresywnie niż Darek, claptonowską techniką...

   - Występując z Fatum zwróciłeś na siebie uwagę Michała Urbaniaka. Jak ci się udało osiągnąć taki poziom?

   - Muzycy rockowi żyli wtedy wesoło, nie wylewali za kołnierz, lecz też dużo ćwiczyli. Mieliśmy wiele zdrowych kompleksów. Taki Marek Ałaszewski zamykał się w pakamerze w "Medyku" i ryczał tam godzinami, żeby ustawić sobie głos jak David Cayton-Thomas... Gdy zacząłem udzielać się w zespołach, umiałem ledwie kilka chwytów, wyuczonych z podręcznika. Później dużo grałem i dużo słuchałem zagranicznego rocka, najlepszych gitarzystów. Ale nigdy nie kopiowałem przy magnetofonie cudzych solówek - jak to wtedy było w zwyczaju.

   - Z jaką gitarą zacząłeś swą rockową karierę?

   - To była czeska Jolana "Hurricane"... W tamtych czasach marzeniem wszystkich znanych mi gitarzystów był Gibson Les Paul. Kiedy Marek Bliziński - jako pierwszy w Warszawie - przywiózł sobie takiego Gibsona, to pielgrzymowali do niego muzycy, żeby choć pooglądać, popróbować... Mnie ten Les Paul Blizińskiego długo śnił się po nocach. Dzisiaj nie wyobrażam sobie, abym mógł grać na innym niż Les Paul instrumencie.

   - Od początku lat siedemdziesiątych zakładałeś własne zespoły. Żaden z nich nie odniósł sukcesu, lecz na pewno warte są krótkiego przypomnienia: świadczyły o zmienianiu się twych muzycznych zainteresowań.

Wojciech Waglewski   - W grupie Zen doszła najpierw do głosu moja fascynacja twórczością Blodwyn Pig; zespołu założonego przez gitarzystę Jethro Tull, Micka Abrahamsa. Bardzo odpowiadał mi taki rodzaj rocka, z dyskretnym wpływem jazzu. Miałem wtedy w Zenie bardzo zdolnego saksofonistę, Remigiusza Filipowicza, i jakoś wzajemnie się inspirowaliśmy... Potem był okres bardziej wyrafinowanej muzyki; wynikło to z kontaktów z Michałem Urbaniakiem, który na pewien czas jakby się mną zaopiekował. Bywałem u niego w domu, opowiadał mi o skalach muzycznych, dzięki niemu poznałem takie płyty jak "In A Silent Way" Milesa Davisa...
   A Zen przestał istnieć w 1971 r., po występach w ZSRR, które nam załatwiła organizacja studencka. Pojechaliśmy tam bardzo długowłosi, w zmontowanym naprędce, typowo rockowym składzie, z anglosaskimi kawałkami w rodzaju "Feelin' Alright". Publiczność przyjmowała nas niczym Beatlesów. Nasi opiekunowie z Komsomołu byli przerażeni. A po powrocie do kraju okazało się, że mamy szlaban na paszporty na 5 lat i zakaz występów pod nazwą Zen.

   - Później osiągnąłeś Nirwanę...

   - O tym zespole mam niewiele do powiedzenia. To był pomysł na taką eklektyczną mieszankę: trochę muzyki niby-orientalnej, trochę Beatlesów. A pod koniec doszliśmy do bluesa... W Zenie właściwie nie komponowałem, tylko "dopowiadałem". W Nirwanie napisałem chyba ze dwie piosenki. W połowie lat siedemdziesiątych utworzyłem własną grupę nagraniową o płynnym składzie. Zamierzałem wypróbować z nią moje pomysły kompozytorskie... To był repertuar instrumentalny, trochę zbliżony do ówczesnego SBB; także pod pewnym wpływem Mahavishnu Orchestra. Jednak nie było to tak wirtuozowskie. Chodziło mi o muzykę bardziej komercyjną, odpowiadającą wymogom radia.

   - W tamtych czasach także występowałeś i nagrywałeś z przeróżnymi wykonawcami: począwszy od najlepszych jazzmanów, a skończywszy na popularnych piosenkarkach. Niestety, zazwyczaj był to repertuar "lekki, łatwy i przyjemny"...

Wojciech Waglewski   - Z początku wszystko to było niezłym doskonaleniem warsztatu. Poza tym traktowałem moje granie jako przygodę, choć może czasami odczuwałem jakąś chęć artystycznej wypowiedzi. Nie myślałem o muzyce jako o czymś, co może mi wypełnić życie. Dlatego wybrałem studia socjologiczne... Dopiero praca muzyka studyjnego ukształtowała mnie, Zorientowałem się, że już naprawdę coś umiem. Zdobyłem pewien prestiż w środowisku. A po kilku latach poczułem przesyt, zagubiłem się.
   Kiedyś w jakiejś knajpce we Wrocławiu opowiadałem Jackowi Ostaszewskiemu o gitarzystach, którzy mnie fascynowali. W lokalu szła muzyczka z taśmy. O, posłuchaj, Eric Gayle gra - powiedziałem do Jacka, a okazało się, że to ja grałem...

   - Jacek Ostaszewski czyli Osjan. Występowałeś z tą grupą kilka lat. Czy było to dla ciebie ważne doświadczenie?

   - Tak... Rok 1978 spędziłem w wojsku. Przez ten czas nie tykałem "wiosła" i myślałem, że jako muzyk nie będę miał do czego wrócić; że wszystko się zawaliło. Ale po wyjściu z armii zadziałały stare przyjaźnie i trafiłem do Osjana. Musiałem przestawić się na akustyczny instrument: pożyczyłem jakąś dwunastkę, starego "Defila". Osjan był wtedy w dość kryzysowej sytuacji. Grywaliśmy przeciętnie dla 20 osób i jeździliśmy na koncerty pociągami. Później zaczęły się wyjazdy na Zachód, które przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Osjan ze swoją dziwną muzyką pasował właściwie wszędzie i wszędzie był świetnie przyjmowany... W tej grupie znalazłem swój własny sposób wypowiedzi, myślenia o skalach, harmonii, przestrzeni muzycznej. Jednak w końcu zatęskniłem za gitarą elektryczną.

 
ROCK PO RAZ DRUGI
 

   - Dlaczego zdradziłeś rock na tak długo?

Wojciech Waglewski   - Nabrałem się nato, co lansowano w naszym kraju: że rock był taką efemerydą, która się skończyła. Gdy pierwszy raz wyjechałem na Zachód z Osjanem, sądziłem, że można tam posłuchać rocka tylko w jakichś skansenach. A okazało się, iż jest stałym elementem kultury, rozrywki. Co więcej: pojawił się punk z całą swoją dynamiką i prawdziwą energią...    W latach siedemdziesiątych był u nas kult jazzu. Umiejętności takich muzyków jak Namysłowski czy Urbaniak po prostu powalały... To, że rozwój muzyki rockowej został w Polsce przerwany, musiało się później zemścić. Nie śledziłem uważnie naszego boomu rockowego z początku lat osiemdziesiątych, bo zajmowały mnie wyjazdy zagraniczne z Osjanem. Pamiętam jednak, że to, co do mnie docierało, było bardzo wtórne. Były to stare, ograne pomysły, przykryte nowym, modnym płaszczykiem.

   - Twój powrót do rocka nastąpił jesienią 1983 r., przy okazji sesji nagraniowej I Ching, która wynikła z pomysłu Zbigniewa Hołdysa...

   - Spotkałem Hołdysa przypadkowo. Zaproponował mi udział. Powiedział, że kompozycje są mile widziane. Wymyśliłem dwa utwory, spróbowaliśmy... W czasie nagrań rozumieliśmy się bardzo dobrze. Później spędziłem ze Zbyszkiem wakacje. Gadaliśmy dużo na temat grupy, w jakiej chcielibyśmy grać. I to przesądziło o powstaniu zespołu Morawski-Nowicki-Waglewski-Hołdys. Jednak longplay "Świnie" nagrywaliśmy już prawie się nie widując, każdy osobno chodził do studia... I tak się stało, że za przyczynę rozwiązania grupy uznano "nadmiar demokracji".

   - Nie kusiło Cię, żeby od razu zacząć działać na własny rachunek?

   - Pewnie wyskoczyłbym wcześniej, lecz nie wyobrażałem sobie zespołu rockowego bez wokalisty. A nie znałem żadnego, z którym chciałbym współpracować. Przy okazji "I Chingu" Hołdys (albo Piekarczyk) zmusił mnie, żebym zaśpiewał... I jakoś tak zaprzyjaźniłem się z mikrofonem.

   - Jak powstało Voo Voo?

Wojciech Waglewski   - Za namową Hołdysa nagrałem swoje utwory dla I Programu PR. Było to w lutym 1985 r. Nagrania te podpisałem "Voo Voo", bo tak mnie przezywano. Ale na antenie zapowiedziano je jako "zespół Morawski-Nowicki-Waglewski-Hołdys bez Hołdysa". Raz poszły w eter i zaczęły się zakazy, które wynikły z rozgrywek między dyrektorami programów. Odczułem rezultaty prowokacji, jaką miała być tamta grupa... Właściwie mój zespół powstał dopiero w lecie. Został ze mną "Karakuł" (Andrzej Nowicki - przyp. W.K.), dołączyli - Milo Kurtis i Marek Czapelski. Na festiwalu w Jarocinie mieliśmy - o dziwo - dobre przyjęcie. Longplay "Voo Voo", wydany przez Pronit w 40 tysięcznym nakładzie, rozszedł się szybko. Nabrałem przekonanie, że jestem w stanie zainteresować publiczność tym, co robię...

   Pod koniec 1985 r. rozstałem się z Milem i "Karakułem" z powodów pozamuzycznych. W początku następnego roku zaproponowałem menażerowanie Jankowi (Pospieszalskiemu - przyp. W.K.), bo wiedziałem, że wcześniej dobrze prowadził Woo Boo Doo. Przy okazji dowiedziałem się, iż kiedyś grał na basie. Bardzo mnie to ucieszyło. Tak zaczął powstawać obecny skład...

   - Już pierwsza płyta określiła styl Voo Voo. Można powiedzieć: surrealistyczna muzyka do surrealistycznych tekstów...

   - Pewien mój znajomy zwierzył się, że dopiero zrozumiał o co mi chodzi w Voo Voo, gdy usiadł przy oknie w kuchni mojego mieszkania. Z tamtego okna widać tylko betonową ścianę.

   - Od początku konsekwentnie udziwniasz swe utwory. A osiąganiu dość niesamowitego nastroju dobrze służą i niecodzienna kolorystyka instrumentalnego brzmienia, i "rwany" rytm, i twoje melorecytacje...

   - Z określeniem "udziwniona muzyka" spotykałem się dosyć często. Dla mnie jest to zupełnie naturalna, oczywista forma piosenek. Ich kształt nie wynika z jakiegoś programu "robienia czegoś inaczej", tylko z mojego własnego sposobu myślenia muzycznego. Być może dziwiło to, że zamiast skali bluesowej używałem np. całotonowej, ale to było właśnie nowe i odkrywcze w muzyce rockowej na początku lat osiemdziesiątych.

   Natomiast założyłem sobie, że będę pisał teksty raczej obojętne. Bardziej oddziałujące poprzez swoją atmosferę, niż mówiące coś wprost. Nie chciałem publicystyki w piosence...

   - Niezbyt ci wierzę. Na płytach Voo Voo najwyraźniej wojujesz z nietolerancyjnym, zuniformowanym społeczeństwem.

   - Nie mam misjonarskich zapędów. Nie czuję się powołany do tego aby kogokolwiek pouczać, wskazywać drogę. Te teksty są tylko pewnym opisem, bez uogólnień. A co jest w nich najbliższe - bunt, samotność czy jeszcze inna sprawa... Dla mnie granie muzyki jest przede wszystkim wspaniałym pretekstem do podróżowania, poznawania ludzi.

   - Może porozmawiajmy jeszcze o nagraniach Voo Voo. Dziwię się, że zgodziłeś się na wydanie longplaya Koncert, z zapisem dość nieudanego występu. Kiepsko ci się tu śpiewa, utwory są rozwleczone, brak im ekspresji...

   - Zgadzam się, że płyta ma swoje minusy. Był to pierwszy koncert w obecnym składzie. Rzeczywiście, śpiewam tragicznie. Jednak są tu dwa ważne dla mnie utwory, które zawsze będziemy wykonywać: "Sprężyć krok" i "Wizyta III". I myślę, że nawet taki longplay był ciekawy dla osób, które naprawdę interesują się tym, co robię... Zresztą nakład był niski... Dziś tego na pewno nie dałbym na płytę, ale wówczas nie wiedziałem, czy będę jeszcze miał okazję coś nagrać z tymi muzykami... To - jak się okazało - zapis formowania naszego zespołu.

   - Czy jesteś zadowolony ze swojego trzeciego longplaya - Sno-powiązałka? Mimo dłuższych przygotowań z nowymi muzykami brak tu istotnych nowości.

Wojciech Waglewski   - "Sno-powiązałka" miała być swego rodzaju kontynuacją. Nie jest tak agresywna. Jest bardziej refleksyjna, "buddyjska". Ma dojrzalsze teksty. Ale też sądzę, iż moje propozycje długo jeszcze będą się mieściły w ramach zakreślonych na pierwszej płycie. Tak właściwie to cały czas gram to samo. Tak naprawdę to zawsze tak będzie... Oczywiście nie zamierzam się wyrzec różnych dziwnych pomysłów. W muzyce do filmu "Nadzieja" udało mi się zmiksować nasze rockowe granie ze śpiewami z pielgrzymki częstochowskiej.    Ma to dla mnie głębszy sens, bo gdzieś pojawia się w mojej muzyce Afryka, gdzieś tam - Indie, a na dnie jest coś z Nowego Sącza... Eklektyzm to zresztą nieodłączna cecha rocka od końca lat sześćdziesiątych. I raczej tak pozostanie. Myślę, że bardzo jest potrzebny ortodoksyjny rock w stylu The Rolling Stones, taka kwintesencja rock'n'rolla. Chyba jednak w najbliższej przyszłości będzie powstawało coraz więcej "dziwnych" płyt, typu Peter Gabriel, Sting czy Talking Heads.

   - Nie rozumiem dlaczego tak bardzo skrytykowałeś Stinga w wywiadzie dla "Jazz Forum"? Masz przecież w swoim repertuarze utwory wyraźnie "stingowate" jak F-1...

   - To była prowokacja. Ja dosyć lubię Stinga, choć rzeczywiście nie przeżywam jakichś większych uniesień, gdy słucham jego piosenek. A ten numer napisałem w dniu nagrania. Zdarza mi się, że piszę coś w ostatniej chwili i jestem z tego naprawdę zadowolony.

   - Właśnie: jak pracujesz nad nowymi utworami?

   - Muszę się przyznać, że potrafię coś zrobić tylko na konkretne zamówienie. Gdy go nie mam, mogę siedzieć pół roku i nie wymyślić ani jednej melodyjki. Materiał na longplay przygotowuję zazwyczaj w ciągu kilku dni, w ostatnim tygodniu przed wejściem do studia...

   - Może więc i Waglewski-gitarzysta ma jakieś dziwne tajemnice?

   - W Osjanie wypracowałem sobie własną technikę gry na gitarze akustycznej dzięki temu, że słuchałem hinduskiej viny... Gdy sięgnąłem znów po gitarę elektryczną wróciły mi bluesowe nawyki, te hendrixowskie i claptonowskie frazy... Uważam, że dopiero w Voo Voo zerwałem z tym. Jakoś się określiłem. Bardzo podziałał mi na wyobraźnię Andrew Belew, gitarzysta znany z King Crimson i Talking Heads... I teraz będę mógł wrócić do skali bluesowej, ale już po swojemu.

   - Może powiedz coś jeszcze o swoich muzycznych gustach.

   - W domu słucham dużo muzyki ludowej, szczególnie afrykańskiej. Rocka wolę słuchać na koncertach... Wszystko co robi David Byrne jest dla mnie święte. Nie cierpię "muzyki plastikowej", lubię "żywe granie". Pod tym względem U2 jest genialne... Lubię Laurie Anderson. No i pozostaję wierny swoim dawnym fascynacjom: Rolling Stones, James Brown, Otis Redding, Bob Marley, Hendrix...

   - A co na to wszystko Towarzystwo Przyjaźni Chińskich Ręczników?

   - Jurek Owsiak wszystko rozumie, jest moim przyjacielem z dawnych prywatek... Zaś mówiąc serio - całe to Towarzystwo jakoś samo nam wyszło i sprawdza się jako rodzaj fan clubu. Istnieje, aby rozweselać. Żeby wokół Voo Voo nie było zbyt pompatycznie.



(c) Magazyn Muzyczny